but you don't really care for music, do you?
kiedy bliżej z Tobą będę
nie rozmyślaj nad tym wcale,
bo nim zdążysz myśl dokończyć
ja od Ciebie będę dalej
to nie był dobry ani zły dzień, nie był znaczący ani ważny, ale chyba ta temperatura nakazuje mi powiedzieć parę słów. ziewam. motyla noga!
nie lubię was, ale muszę do was przywyknąć. i jesteśmy w dupie.
mam dużo siły!
kobyla 2007-04-25 23:32:42
skomentuj (1)
Należało by notkę dodać
Ale ja tak mam, że jak się z kijem nademną nie stoi to tylko bym spała. Więc bodajże dwa tygodeni temu byłam luzakiem Żolki w Las Pegaz. Pojechałyśmy w piątek wieczorem do Jeżowa, poszłyśmy spac późno, wstałyśmy wcześnie (choć z bólami) i wyjechaliśmy do Łodzi koniowozem. Tam stępowałam chempiony w składzie Arak (najwięcej), Andoria (średnio na jeża) i Selwina (z 5 min, może trochę więcej). Przez całe zawody się gdzieś tam motałam, i tak w połowe rozwaliłam sobie łapę o koniowóz, bo Anda się odwiązała, a ja ją chciałam przytwierdzić spowrotem i wtem ona zaczla się szarpać i polała się jucha, ale spoko ;] Ale uwaga (tu zacznijcie bić brawo) Żolka wygrała im wszystkie nagrody! :D Potem koło 20 zaczęliśmy się zbierać. W koniowozie świętowanie zawodów :P. I koło 23 w chacie. W sumie spodzieałam się gorszej burzy :P
W ostatnią niedzielę byłam na Wawrzce. Jazda na łące, bo zawody Strong Men odbywające się na graniczącym z padokiem boiskiem nie byłaby rzeczą przyjemną. Na tomjait jazda na łące zdecydowanie była rzeczą przyjemną. Jazda na wybitnie grzeczniutkim Liberku. Galop super, zebrany i w ogóle byłam taka zadowolona, że aaah! Tylko pod koniec jedna dziewczyna spadła z Gamy, która w trakcie uciekiniskiego spaceru zerwała coś tam przy ogłowiu (wiedziałam co, ale już nie pamiętam :P).No.
Treaz nie wiem kiedy się na Wawrzce pojawię, bo wyjeżdżam na dosyć długo (min. do Brzózek, Jeeeeeaaaahhh! XP) no. To pa :*
kobyla 2005-06-24 23:09:54
skomentuj (5)
Łomygy!
Miałam tygodniową przerwę w konikach, bo dorawała mnie angina i siedziałam przez weekend w domu. Ale dzisiaj musiałam wylecieć już na stajnie, chociaż tak trochę na wariata, bo nie byłam umówiona, dopiero rano tata dzwonił do p.Pawła. Miałam jechać na ujeżdżalnie na 11:30, ale na Wawrzce była już o 10, bo wyżej wspomniany tata jechał na tenisa i zabrał mnie ze sobą. Upał był niemiłosierny więc się kręciłam w chłodnej stajni bez celu (jedyną ambitną rzeczą jaką zrobiłam, było wyczyszczenie paszczy Dzielnej z prawej strony ;P), koło 11 się przebrałam i czekałam aż wrócą z terenu. Gorąc niemiłosierny, siedziałam przed stajnią i myślałam, że spłynę. Biedna Żolcia dzisiaj na zowadach, w tych frakach, masakra (btw. powodzenia :*). Teren wrócił, p.Paweł mi wręcza Syriuszka. Dobra jest :]. Na co p. Zbyszek mówi, że w teren. Na ujeżdżalni patelnia, to wiadomo. Ale trochę się przelinkłam, na Syriu pierwszy raz, zaraz mnie p.Z. uspokoił, że teren bez żadynch cudów, mało galopy i wogle lajt. No to ja już bez stresów, Syrio odpoczął parę minut po terenie i sobie go ubrałam spowrotem. 5 min na ujeżdżalni (świetnie mi się jezdziło, tylko strasznie wysoko, po Warce, wiadomo :P) pojeździliśmy i śmig w terenos. Jechałam za Orientem, któremu Syriusz namiętnie wjeżdżał w zad i troszku mnie teraz rece bolą od hamowania go. Ale w sumie tylko w kłusie tak zapieprzał, bo w galopie się bardzo elegancko zbierał, nie odbił ani razu i było cacy. Ale nie byłabym sobą jakbym nie pokazała swojego lamerstwa dzięki czemu mam fajne dziary na łapach po gałązkach.No i co, wróciliśmy na stajnie, potem do domu i zimny prysznic. Treaz musze zamotać o nowy karnet, bo na starym mi zostało pół godziny.
kobyla 2005-05-28 14:04:24
skomentuj (4)
No i rozpoczęłam sezon.
Notka świeża jak jogurty z Biedronki, ale miałam problemy z kompem i tak jakoś wyszło. Więc tak faktycznie to pierwszy raz od listopada na koniu siedziałam pod koniec kwietnia (30.04 konkretnie), a był to Liber. Jazda udana. Tylko raz, bez strzemion kłusik anglezowany był, Liberowi się gdzieś nagle zaczęło spieszyć i się zsunęłam. Ale generalnie mi się podobało, szczególnie, że w końcu jeżdże po takiej pro przerwie. Parę dni później pojechałam na stajnię i dostałam Warkę. Dzika jeszcze jest troszkę, bo ledwo co zajeżdżona, ale nawet nawet było. Obleci. Jakiś tydzień potem miałam pojechać sobie w terenos i dostałam turbo konia z dopalaczem - Whiski...:>. Ale musze przyznać, że bardzo ładnie szła, starała się i nie zostawałyśmy wcale w tyle. Jak zajechaliśmy na stajnie cała było mokrusieńka. No i dzisiaj znów byłam sobie na koniczach, na Wareczce znów. Było zdecydowanie lepiej niż poprzednim razem, chociaż po jakichś 45min jazdy Wareczce odbiła lekka palma, i udawała, że nie wie o co chodzi. Jakby mogła to by założyła kopytka za siebie i zaczęła gwizdać. Wzięłam ją delikatnie za łydką palcacikiem wspomagałam, to znów zaczęła barany strzelać. Ale w zastępie szła już ładnie i tylko jak miała do galopu się zebrać to sobie na dobry smak waliła ze dwa barany. Ale ogólnie było kól. Warka ma mięciusieńki kłus, marzenie normalnie. No. Także to by było wszystko.
Żoluś, ja bardzo chcieć zrobić Meni, ale ja nie umieć.
W autobusie wylało mi się picie. Myślałam, ze eksploduję...
kobyla 2005-05-14 14:43:40
skomentuj (1)
Nie zabije, bo ja zrobię to pierwsza
I w związku z zaistniałą sytuacją, że chodzisz z pistoletem przy skroni aż do wczoraj (nie wiem, jak sytuacja ma się dzisiaj) to postanowiłam pociągnąć za spust - będzie na Ciebie. A to wszystko za karę. Bo po to zabrałam Cię do Jeżowa, żebyś w końcu coś tutaj łaskawie napisała (o mojej koncertowej zoli na przykład) a tu g... ucio! No i co ja z Tobą mam zrobić?
Zdejmij ten czepiec z tego mózgu...
kobyla 2005-04-29 15:07:13
skomentuj (0)
Kobyła Cię w żadnym wypadku nie zabije ;]
W związku zaistniałą sytuacją (czyt. mam pistolet przy skroni) postanowiłam Was gorąo przeprosić. Blog ten został przezemnie chwilowo (ha-ha) porzucony, gdyż moje życie jeździeckie umarło. Słowo daję, tylko dlatego. Ale wiecie co? Wepchnęłam się na chama Żolce (mojej najwspanialszej ziomalce, siostrze i córce w jednej osobie) do samochodu w drodze do Jeżowa. Coś powinno przybyć :). A tymczasem ostatnio byłam w Galinach i mnie zatkało. Wiekszych stajni jeszcze nie widziałam w życiu, a padoki się ciągnęły, aż po horyzont. Tylko zaraz pomyślałam o swojej nieudolności w siodle (...i poza nim, ale to tak baj de łej) i humor mi się z deka zwarzył. Ale co tam! Nie ma się czym przejmować. Na koniec dziękuję okrutnie bardzo Żolce (który to już raz? czy jestem monotonna?), która jest niezawodna i bardzo ją kocham :D
Z poważaniem, Kobyła/Kenna W.
kobyla 2005-04-04 21:36:34
skomentuj (2)
Kobyła mnie zabije...
Dobra, poraz kolejny piszę notkę ja, co by bloga nie skasowali nam. I nawet nie czuję jak mi się rymuje.
Wilczyca po raz kolejny opuściła bloga za co jej pożądnie złoję dupsko któregoś pięknego razu, skończył się dzień dziecka, bynajmniej dlatego, że przejżałam sobie dzisiaj całe archiwum (wiele tego nie było) i stwierdzam z przykrością, że średnia dodania notek do co dwa miesiące. Odkrywając to przy okazji się wpieniłam, ale to już inna historia.
W każdym razie rozkażę Szanowniej Właścicielce wziąć się za jej kochanego bloga i koniec, nie ma zmiłuj i niech ją ktoś przytuli.
Was
za oddana i wierna Żolka, na zawsze ziomalka.
kobyla 2005-03-25 23:35:28
skomentuj (0)
Byłam ...
...w Gom i fajnie. Żolka mi prezentowała Salami (Pafnucego muła) i Amatora, który jest już całkiem duży. Przyjechałyśmy na stajnię, przywitałam się ze wszystkimi, tak dawno nie widzanymi końmi z Herą i Hiciulem, z Dudasem, Z Kacperkiem, z Hazimą, Parsentą, z Oleńkiem no i naturalnie z Andorką. Potem Madzia czyściła Andę, uczyła mnie zaplatać warkoczyki, a tak generalnie to gadałyśmy. Następnie poszłyśmy z młodym na spacer i mogłam sobie pooglądać wszystkie zmiany na łące. Amator pohasał, aż w końcu z tego hasania uciekł nam do stajni. Więc wróciłyśmy sobie po niego, za kantar uciekiniera i spowrotem na altanę. Wlazłyśmy z nim na pastuch, a tam młody już się przymierzał do skubania trawki, ale Czarny skutecznie mu to uniemożliwił ganiając go po całym pastuchu. Amator sprzedał mu parę kopów, ale Czarny był twardy i heja dalej. Młody tak ślicznie wyciągał, że mu paszcza opadła do ziemi. Ruchy to on ma. Oj, będzie z niego kiedyś wierzchowiec. Potem poszłyśmi do stajni, bo wujek Zolki już nas zawezwał więc pożegnałam się z koniczkami, a Madzia owinęła Andorce nogę i pojechalimy na chatę. Wspomnienia wróciły. Pamiętam te pachnące słońcem dni na altanie w skrzypiącym siodle i w śmiesznych getrach. Brakuje mi tego. Ale i tak kocham zimę.
kobyla 2004-11-15 10:03:09
skomentuj (2)
Masakra...
Jakąś godzinę temu wróciłam z jazdy. Yh. Znów porażka. Tym razem techniczna. Może zacznę od tego, ze przyjechałam spóźniona. W szatni się zorientowałam, że nie zabrałam rękawiczek z chaty więc kolejny raz na serdecznym palcu lewej ręku wyszło mi mięsko. Potem jak już wyczyściłam Grację to poszłam do siodlarni i nie zamknęłam bosku, a Gracja wylazła na spacer po stajni. Potem wpadłam na genialny pomysł, zeby jej najpierw siodło założyć :/. And finally jak już wyjechałam na padok okazało się, ze nie zapięłam podgardla. Jestem boska. Takiego głąba to ze świecą szukać. No, ale to jeszcze nie koniec. Potem nie mogłam sobie z popręgiem poradzić i palcat wypadł mi z łapy. Luz :/. I cały czas mi się wydawało, że mam za długie strzemiona. Sama jazda generalnie była całkiem w porządku. Ćwiczebny już lepszy, prawie dobry. Galop raz na złą nogę, ale zaraz poprawiłam. Gracja (zapomniałam dodać, że właśnie Grację dostałam) parę razy odbiła mi na długich ścianach i namiętnie przyspieszała, ale jakoś poszło. Bawiłam się trochę w wydłużanie i skracanie kłusa, ale z tego co czułam to kaplato, a jak to wyglądało z boku, nie wiem, bo nikt nie skomentował. Próbowałam też ruszyć ze stępa do galopu, ale to już wogle wyszło masakrycznie :D. No i tyle. Parę razy przejazd przez drągi, ćwiczenia w kłusie...Norma. Bałam się trochę, że się schrzanię z konia, bo spałam dzisiaj 4 godziny, ale było dobrze i nawet obeszło się bez kawy. Jestem twarda, a jak! Później już nic nie zepsułam, bo raczej ciężko jest coś zepsuć przy rozsiodływaniu. No a jutro, co mnie bardzo cieszy, jadę z Żolką do Gom. Wstyd, że mnie tam tak długo nie było! Wstyd! Dobra...trochę zmęczona jednak jestem więc najwyższy czas odpocząć.
kobyla 2004-11-13 14:00:38
skomentuj (2)
Ho ho
Kawał czasu mnie tu nie było. A działo się bardzo dużo. Najważniejszą wiadomością jest bodajże to, że znów zmieniłam stajnię. Zdzieszulice padły, bo Heniek niech spoczywa w spokoju. Stajnia od siedmiu boleści, ale dużo tam przeżyłam i żal kończyć. No, ale żyje się dalej, coś ze sobą zrobić trzeba, bo ja bez koni długo nie pociągnę. Przeprowadziłam się na Wawrzkowiznę. Pierwsza jazda wstępna, przeszłam bez sprawdzianu umiejętności, bo się załapałam w teren na gniadym folblucie Oriencie. Strasznie mi się podobało, bo się odzwyczaiłam od takich terenów gdzie mogę robić co chcę, bo nie muszę się bać, że przy mocniejszej łydce koń mnie wywiezie cwałem w las. No i było miło, jak już mówiłam. Potem musiałam zostawić Wawrzkowiznę, bo szykowałam się o wyjazdu nad morze (mean, wspomnienia, wspomnienia...). Tak za wzorowe wyniki w nauce (4,8 nie chwaląc się) rodziciele obiecali znaleźć jakąś tamtejsza stadninę. I tak zakupiwszy uprzednio karnet w Stajni Mann spędziłam 8 godzin w siodle. Raz jeno byłam na ujeżdżalni, żeby mogli mi dopasować konia. Więcej już na padok nie wjeżdżałam. Cóż mogę powiedzieć. Tereny. Galop po plaży. Bosko. Ale niczego nowego się nie nauczyłam. Może tylko nie raz poczułam satysfakcję po słowach "Kaśka wsiadaj na tego konia, bo pani sobie nie może z nim poradzić". No i ten. Tyle. Karnet się skończył. Potem mieliśmy na parę dni zajechać do mojej kuzyny kochanej rodem ze Szczecina. Zajechaliśmy więc, a moja kuzyna się pakuje. Na obóz konny. Jak wyszło na jaw to kuzyna moja zaraz na pomysł genialny wpadła, żebym z nią pojechała. Ja cała w uśmiechach, a że urodziny miałam niedługo po tym rodzice się zgodzili. Więc na chybcika załatwiane łóżko, pakowanie ciuchów (śmieszne, nawet się nie rozpakowywałam) i tym podobne. I grzejemy do Brzózek. A w Brzózkach po prostu szok. GENIALNIE! No poprostu nie do opisania. Atmosfera fantastyczna, bliskość koni i w ogóle no super. Ze wstydem przyznam, że nauczyłam się w końcu siodłać i kiełznać jak należy i w galopie trzymać się w siodle (ze wstydem, bo nauczyłam się tego za późno, powinnam wcześniej umieć). Ale trzeba było wracać do domu.[ A tak by the way to się stęskniłam za Brzózkami i pozdrawiam niniejszym cały Brzózkowy team.] No i wróciłam sobie. Na Wawrzkowiźnie kolejna jazda znów była terenem. Tym razem obdarzono mnie siwą Gracją. Utrzymana w przekonaniu, że będzie chodziła tak dobrze jak Orient pozwoliłam jej najpierw na dużo. Chyba na za dużo, bo się okazało, że ma całkiem power i rwała i odbijała. No, ale poszło jakoś, ucierpiały jedynie moje palce. Potem znów kilka terenów i jakoś tak wyszło, że 5 jazd zaliczyłam na Graji. No i nowy karnet - nowy koń. Siwiutka jak śnieg Gama. Mała i żwawa. Jazda mi się podobała. No i teraz ostatni raz, wczoraj. Ujeżdżalnia na Gracji. Ona jak zwykle kapryśna, ale to i tak moja wina, że mi nie szło, bo nie umiem jeździć. Taka prawda. Koń po Hubertusie (nie było mnie) i nie chciałam jej lać palcatem. No i tyle. Jazda taka sobie przez moją nieudolność, bo ja się nie umiem nawet dobrze w ćwiczebnym utrzymać, ale i tak się cieszę, bo Gracja była łaskawa utrzymać mnie na grzbiecie. Jestem umówiona na sobotę na 12 i teraz już sumiennie postaram się wam opisywać moje porażki w siodle, bo sukcesów raczej nie oczekuję. Trzymajcie się...łęku, jakby wam wodze z łapek wypadły.
kobyla 2004-11-01 18:59:33
skomentuj (1)
>